ShapeShifter

ShapeShifter
by Kalla

piątek, 2 maja 2014

Prolog

16. czerwca 1996
Sebastian siedział przed telewizorem, a ja przygotowywałam właśnie kolację. Od rana czułam się coraz gorzej. Małe dawało o sobie znać, ale było jeszcze za wcześnie. Termin mam na sierpień, a był czerwiec. Więc zupełnie wykluczyłam, że się zaczęło. Ledwo o tym pomyślałam i poczułam, że jednak moje podejrzenia się sprawdziły.
-Sebastian!-krzyknęłam.- Zaczęło się, dzwoń po pogotowie!
-Nie ma czasu. Zawiozę Cię samochodem.
Byłam zaskoczona jego zachowaniem. Kiedy wyobrażałąm sobie ten dzień, myślałam, że będzie mdlał i totalnie spanikuje. A tu proszę nagle z roztrzepanego dwudziestodwulatka zamienił się na tą chwilę w odpowiedzialnego trzydziestopięciolatka. To było dla mnie ogromne zaskoczenia, ale nie miałam czasu o tym myśleć. Wyraźnie czułam, że jeśli nie dotrę do szpitala w ciagu najbliższych dwóch godzin to urodzę dziecko w samochodzie. I nagle zrozumiałam, ze nie mogę urodzić w szpitalu. Przecież nie wiadomo co się urodzi. Czy będzie człowiekiem, czy zwierzęciem jak Sebastian.
-Nie mogę urodzić w szpitalu!-powiedziałam tak cicho, że Sebastian mógł tego nie usłyszeć. Na szczęcie miał świetny słuch i odpowiedział mi od razu.
-Wiem, dlatego wiozę cię do Tylluan.
-To jakiś lekarz czy coś?- zapytałam zirytowana jego spokojem.
-Nasza szamanka. Pomoże nam.- odpowiedział i lekko spojrzał na mnie, po czym się uśmiechnął.
-Nie wyda nas?
-Nie sądzę. To moja babcia.- roześmialiśmy się i z nie wiadomego powwodu nagle się uspokoiłam.
Czas leciał, a my do celu mieliśmy jeszczedobre piętnaście minut drogi. Nie wiedziaąłm czy wytrzymam, ale starałam sie wmówić dziecku, zeby się uspokoiło i czekało, aż dojedziemy na miejsce, szeptając do brzucha "Masz jeszcze poczekać!" Niestety ono chyba nic sobie z tego nie robiło, bo poczułam jak ktoś kopie mnie od środka. W końcu dojechaliśmy do domu Tylluan. To było dziwne miejsce. Drewniany dom stojący na środku lasu. Jednak mimo wszystko poczułam sie tu bezpiecznie. Przed drzwiami stała stara kobieta, która bardzo przypominała mi sowę. "No tak!" pomyślałam. "Przecież Tylluan to po walijsku znaczy sowa". Byłam dumna ze swojego odkrycia, ale nie miałąm czasu się tym nacieszyć, bo w tym samym czasie drzwi samochodu się otworzyły i Sebastian wyjął mnie z samochodu jak dziecko. Wniósł mnie do domu i położył na najbliższym łóżku. W chwili kiedy on opuszczał pomieszczenie do pokoju weszła kobieta. Z bliska wyglądałą pięknie. Siwe włosy miaął spięte w kok, a jej piękne zielone oczy patrzyły na mnie z serdecznością.
-Jestem Tylluan, babcią Sebastiana. Prosił mnie, żebym pomogła ci urodzić, jednakże nie mogę zrobić czegoś bez twojej zgody.- powiedziała.
-Tak, tak zgadzam się tylko niech już będzie po wszystkim.
-Nie bądźmy w gorącej wodzie kąpane. Przy porodzienie powinno być pośpiechu. To stresuje ciebie samą i dziecko.-stwierdziła.
-To nie mi się śpieszy tylko dzieku!- odpowiedziałąm niegrzecznie.
Roześmiała się.
-To lepiej dla ciebie.
Rozmawiałam z nią tak długo, że przestałam mysleć o bólu. Postanowiłam skoncentrować się na wypowiadanych słowach. I nie wiadomo kiedy usłyszałam płacz dziecka. To była dziewczynka! Tylluan wzięła ją na ręce i wyniosła z pokoju. Na początku nie wiedziałąm dlaczego, ale potem przypomniałam sobie, że dziecko trzeba obmyć z krwi i trochę się uspokoiłam. Za drzwiami usłyszałam szepty. To Sebastian mruczał sobie coś pod nosem. Pewnie Tylluan pokazała mu małą, ale to nie brzmiało jak okrzykie radości. Nagle poczułam się trochę gorzej i położyłam głowę na poduszce. Jednak mój odpoczynek nie trwał długo, bo do pokoju weszła Tylluan i podała mi dziecko. Pierwszym co zobaczyłam były uszy i oczy niemowlęcia. Dopiero potem zdałam sobie sprawę, że ma ciało człowieka oraz innech charakterystyczne części ciała zwierząt takie jak uszy.
-Zmiennokształtni rodzą się w tak zwanej fazie przejściowej. To znaczy, że będzie miała normalne ręce, nogi i tak dalej, ale oprócz tego również tak jak w jej przypadku uszy.- wytłumaczyła mi staruszka.-Nie przejmuj się uszy znikną jutro i będzie w tym czasie wyglądać jak normalny człowiek.
-A jej oczy? Są bardzo dziwnie wyraziste. To też wina tej przemiany?
-Nie. To akurat jest jej uroda, z resztą jest bardzo podobna do ciebie.- powiedziaął i wycofała się z powrotem do drzwi.
"Moja córeczka." Pomyślałam i mocna ją przytuliłam. Była ciepła i patrzyła na mnie swoimi dużymi oczkami. Dzięki nim sprawiała wrażenie bardzo madrej, jakby rozumiałą wszystko co się do niej mówi. Nie mogłam oderwać od niej oczu i w tym samym momencie do pomieszczenie wszedł niespokojny Sebastian.
-Hej. Jak się czujesz?- zapytał patrząc na dziecko. 
Przez to nie wiedziałam czy mówił do mnie czy do dziecka, wiec odpwoiedziaąłm za nas obie.
-Oby dwie czujemy się świetnie.
-To dobrze. Wybrałaś juz imię?- zapytał z wiekszym zadowoleniem.
-Nie, bo nawet nie jestem pewna jakim zwierzęciem...
-Wilkiem.- nie dał mi dokończyć zdania.
-To tym bardziej nie mam pomysłu.- powiedziałam zrezygnowana. - Nie potrzebnie odkładalismy to, aż do teraz.
-Hmm...może Lobo?
-Lobo? To znaczy wilk?- zapytałam zdziwiona.
-No, a masz inny pomysł?- powiedział i uśmiechnął się jakby właśnie zdobył mistrzostwo świata.
-Nie.
Nagle usłyszeliśmy trzesk wybijanej szyby.
-Cholera! Znaleźli nas, musimy uciekać!-wykrzyczał mi do ucha.
-Nie dam rady. Weź Lobo i Tylluan i uciekajcie.- powiedziałam.
-Nie zostawię Cię tu.
-Nie zachowuj się jak kretyn, bo nie czas teraz na zgrywanie bohatera. Najważniejsza jest Lobo. Musisz ją uratować.
-Zamienię się w panterę, wsiadziesz mi na grzbiet i uciekniemy.- powiedział z nutą nadziei w głosie.
-Nie, jestem za ciężka, nie dasz rady ze mną przed nimi uciec.-odpwewiedziałam.- Zabierz stąd Lobo.
Podszedł do mnie i ostatni raz mnie przytulił. Czułam, że nie chce tego robić, ale nie miał wyboru. Musiał uchronić przed nimi Lobo. Lekkogo odepchnęłam i wcisnęłam mu do rąk małą.
-Tylko uważaj, bo teraz trzymasz nasz największy skarb.
To były moje ostatnie słowa, bo potem widziałam tylko jak Sebastian i Lobo uciekają. Nigdzie nie było Tylluan i nagle zobaczyłam, ze siedzi na parapecie i patrzy na mnie tak jakby nic nie rozumiała. Pokazałam jej ręką, żeby leciała za nimi i chroniła ich jak tylko może. Kiedy odleciała poszukałam jakiejś kryjówki. Nie było tu żadnego dobrego miejsca, więc poprostu schowałam sie za regałem ze słoikami w spiżarni i siedziałam tam dopóki mnie nie znaleźli. Nie musiałam długo czekać. Po upływie pietnastu minut drzwi się otworzyły. Nie miałam odwagi spojrzeć napsatnikowi w oczy, bo nie chciałam widzieć w nich tej nienawiści. Patrzyłam się tylko na jego buty i nagle....wystrzał. Było po wszystkim.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz