ShapeShifter

ShapeShifter
by Kalla

sobota, 3 maja 2014

Ostatni dzień wakacji...

Siedziałam sama na środku pustego pokoju, bez żadnych mebli. Byłam tylko ja i cztery ściany. W pewnym momencie poczułam, że się duszę. Szare ściany były coraz bliżej mnie z każdym oddechem. Próbowałam jakoś oszczędzać tak cenny dla mnie teraz tlen, ale to raczej nie działało, bo zaczynało mi go brakować. Podeszlam szybko do okna, aby je otworzyć, ale było zamknięte. Kiedy oglądałam bawiące się na dworze dzieci wydawało misię, że ktoś mi szepcze douch moje imię. Chciałam, żebyto była mama, ale głos stawał się coraz donośniejszy i stanowczy. I zrozumiałąm, że to był tylko sen. Otworzyłam oczy, aby zobaczyć kto tak bezkarnie budzi mnie ze snu. Oczywiście był to Hugh, który stał nade mną z uniesioną poduszką.
-Tylko mnie nią walniesz,a  pożałujesz.- powiedziałam do niego spokojnie.
-No, normalnie podam to do wiadomości Wilczek wstał z łóżka, bez użycia wody.- roześmiał się.
-Co jest tak ważnego, że budzisz mnie tak wcześnie?
-Wcześnie? Lobo, jest już po jedynastej, a mamy ostatni dzień wakacji. Nie dam ci go zmarnować. Vicky czeka na nas koło centrum. Mamy jeszcze pół godziny zanim na dobre odejdzie i schowa się w swoim pokoju.- odpowiedział.
-Ale o jedynastej? -powiedziałam zrezygnowana - Nie mogliście umówić spotkania na no nie wiem...szesnastą?!
-Hahahaha dobry kawał. Ubieraj sie czekam w kuchni, muszę odebrać twojemu bratu moją kartę kolekcjonerską.
-Dzieciak. -szepnęłam pod nosem.
Rzucił we mnie poduszką i wyszedł z pokoju. Poszłam się szybko umyć i wróciłam do pokoju w poszukiwaniu jakichś czystych rzeczy. Gdzieś na dnie szafy znalazłam jeansy i bluę z napisem "God musst hate me!". Ubrałam je na siebie i zeszłam po schodach do kuchni. Na dole już wszyscy kończyli jeść śniadanie, a Hugh i Peet'y sprzeczali się o jakąś głupią kartę. Wyglądali jak normalna rodzinka, a ja im psułam ten piękny obrazek. Kiedy stanęłam w drzwiach wszystkie trzy pary oczu zwróciły się w moją stronę, bo oczywiscie Hugh i Peter mieli wszystkich gdzieś i nadal kłócili się o tą głupią kartę. Usiadłam do stołu nawet sie nie witając i czułam na sobie ich spojrzenia. Nie wiem czemu, ale miałam z tego niemałą satysfakcję.
-Może tak dzień dobry? -powiedział tata patrząc n mnie dosć surowo.
-Nie wiem czy będzie dobry, bo podobnież popołudniu ma padać.-odpowiedziałam mu.
-Naprawdę? To muszę szybko isć po zakupy. Miałąm iść o czwartej, ale skoro ma padać to może...
-Rose, ona żartowała. Nie będzie padać.- uspokoił ją serdecznie.
-To dobrze. Ja nienawidzę deszcze. -oznajmiła nam.
-Tak wiem, kotku.
Tego już nie wytrzymałam. Zrzuciłam talerz na podłogę, wstałam od stołu, wyciągnęłam Hugh'a z kanapy i ruszyłam w kierunku drzwi.
-Co ci się stało?- zapytał nie wiedząc o co chodzi.
-Mówiłeś,że Vicky czeka. To pomyślałam, że jeśli choć ten jeden raz się nie spóźnimy to się ucieszy.-skłamałam.
-Yhy...a tak serio?
-Nie mogę wytrzymać w tym domu. Chcę już, żeby zaczęła się szkoła i, żebym nie musiała na nich patrzeć- objaśniłam mu.
-A kto nie chce.
Uśmiechnęłam się do niego, a on skinął głową w moją stronę. Chwilę potem dałam mu kuksańca prosto w żebra i krzyknęłam:
-Kto ostatni przy fontannie ten stawia lody!
-To nie fair. Ty jesteś wilkiem!- powiedział oburzony
-Nikt nie mówił, że życie będzie fair.- i pobiegłam.
Wiedziałam, że został daleko w tyle,więc trochę zwolniłam, aby dać mu szansę. Jednak mimo, że on trenuje koszykówkę byłam od niegodużo szybsza. To chyba zasługa tej mojej wilczej części krwi. Przy fontannie byłam 5 minut prz Hugh'em.
-No to jaa chce miętowe.-powiedziałam do niego zadowolona z wygranej.
-Zobaczysz już nie długo cię prześcignę.
-To daj znać jak już się skończy 2039.
-Ale mamy 2014.-odpowiedział zbity  tropu.
-No właśnie.-powiedziałam i ruszyłam do lodziarni gdzie czekała Vicky.
-Jezu, myślałam, że wy idziecie do Nowego Jorku, a nie do lodziarni, która jest piętnaście minut drogi od domu Lobo.
-Patrz, mówiłem, że niedoceni twojego poświęcenia?- zażartował Hugh.
-Wyprowadziłaś się z domu?- powiedziaął otwierajac szeroko oczy.
-Nie! -krzyknęłam jednocześnie z Hugh'em - Tylko śniadanie mnie ominęło, a i rodzinna awanturka.
-Dobra kupujemy lody?- zapytała.
-Tak powiedz Hugh, jakie chcesz.
-Wyścigi czy zakład?
-Wyścigi, inaczej to ona by kupowała lody.- odpowiedział za mnie Hugh, a ja mu pokazałam język.
-Dobra to ja chcę truskawkowe.
Hugh przewrócił oczami i odwrócił się do nas plecami.
-To co mi powiesz?-zapytała Vicky z jak zwykle przesłodzoną uprzejmoscię.
-Znowu myślałam, że śni mi się mama, a tu sixxę okazało, że to Hugh celuje we mnie poduszką.-odpowiedziaąłm z uśmiechem.
-Trzeba się zemścić!
Po tych słowach się roześmiałysmy i zaplanowałyśmy idealną zemstę dla Hugh'a. Całodniowe zakupy!
-Dobra trzymajcie. Wilczek masz miętowe, Vicky truskawkowe, a ja mam bananowe.
-Hugh?
-Hmm?- powiedział już widocznie zaniepokojony moim miłym tonem.
-Kiedy ostatnio byłeś z nami na zakupach?
-To znaczy kiedy byłem odbyć karę? Dwa miesiące temu?-odpowiedział trochę zamyślony czy dobrze zrobił mówiąc to.
-To dzisiaj pójdziesz jeszcze raz.
-Za jakie grzechy?-szepnął z udawaną rozpaczą.
-Za złe sprawowanie i próbę uderzenia poduszką ostatniego srebrnego wilka na świecie- odpowiedziałą Vicky zanim cokolwiek zdążyłam pomyśleć. Wiedziałam, że juz wcześniej zastanowiła sie co powie, zeby to było dobre wytłumaczenie.
-Wiedźmy.- powiedział pod nosem.
-Nie, ja jestem wilczkiem. Vicky to wiedźma. A ty to czarodziej.
-Serio? Nie weidziałem.-zrobiło mi się go szkoda, więc podeszłam go przytulić, a on rzucił się na mnie z łaskotkami.
Właściciel lodziarni kazał nam wyjść, mrucząc pod nosem, że ma nas juz dosć po tych wakacjach. Z resztą nie dziwię mu się. Dzięki nam stracił przynajmniej połowę klientów. No, ale co poradzić. Mógł pomyśleć zanim nas tam wpuścił. Wsiedliśmy do czarnego jeepa Vicky i pojechaliśmy na zakupy w pobliżu "OXFORD STREET". W głowie zrobiłam sobie listę rzeczy do kupienia, ale kiedy tylko zobaczyłam te sklepy to o wszystkim zapomniałam i razem z Vicky rzuciłam się w wir zakupów. Hugh przez cały dzień chodził za nami zrezygnowany i tylko w ksiegarnii na chwilę się ożywił, bo kochał książki tak samo jak ja.
Około dwudziestej postanowiliśmy juz pomału wracać. Jednak nie chciałam, żeby tata i Rose wiedzieli, o której wróciłam. A samochód na pewno, bu ich o tym poinformował, więc powiedziaam, żeby podwieźli mnie do fontanny, a stamtąd już pójdę na piechotę. I jak ich poprosiłam tak zrobili. Rozstaliśmy się koło lodziarni pani Frozen, któa akurat zamykała razem ze swoim mężęm. Ulice były ciemne i od czasu do czasu latarnie rzucały słaby światło na chodnik. Jednak ja się nie bałam chodzić po ciemku. Zawsze dopiero o tej porze czułam się w pełni bezpieczna. Toprzez ten mój zwierzęcy instynkt. I mimo, ze wilki żyją w watachach ja byłam, któremu wystarczą dwie góra trzy osoby, aby był szczęśliwym. A najlepiej to gdybym była sama.
Kiedy szłam przed siebie nie zwracałam uwagi na ludzi, którzy przechodzili koło mnie, a kiedy myślałam, że jestem już zupełnie sama postanowiłam isć środkiem ulicy. Tak, to było moje ulubione zajęcie. W pewny momencie przedemną ukazały się dwa światła, lecz po krótkiej chwili zniknęły, wiec je zignorowałam. Szłam dalej kiedy nagle przedemną pojawił się samochód był bardzo blisko, wiec nawet ja nie miałam jak uskoczyć. Mocno oberwałam w brzuch i odrzuciło mnie na czyjść trawnik. Teraz tylko czekałam, aż jakiś stary dziadek wyleci z grabiami i zacznie krzyczeć, żebym wynosiła się z jego terenu, bo podepczę mu trawę.
Zamiast starego dziadka przed soba zobaczyłam chłopaka. Wyglądał jak jakiś zbuntowany anioł. Miał duże brązowo, czarne oczy;krótkie,ciemne włosy i idealną sylwetkę.  Mówił coś do mnie, ale ja tak jakbym go nie nie słyszała. Patrzyłam się tylko na niego jakby był kosmitą. Pewnie wyglądałam jak ułomna, ale raczej nie to widziałam w jego oczach. To byłstrach, ale nie taki normalny. To był strach o kogoś. W tym przypadku było możliwe, że chodzi mu o mnie. Nagle dopadła mnie fala bólu. Próbowałam wstać, ale to był błąd. Ból się nasilił. Nagle przestałam widzieć tego chłopaka i cały obraz przed oczami mi się zamazał.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz