Było niedużo po szóstej kiedy drzwi mojego pokoju się otworzyły i wlazła do niego Poppy drąc się na cały dom. Patrzyłam na nią z politowaniem, jak wywala wszystkie ubrania z mojej szafy.
-Gdzie moje jeansy?-krzyczała.
-Tu ich nie ma.-odpowiedziałam uśmiechając się.
-Przyznaj się byłaś w moim pokoju i je zabrałaś.
-Tak, rzeczywiście. Nie miałam co robić, więc poszłam do twojego pokoju i zabrałam twoje przesłodkie różowe spodnie. A do tego jeszcze wracając wstąpiłam na księżyc.-powiedziałam.
-Mamo, Sebastian! -wykrzyczała- Lobo znowu nie chce się przyznać, że zabrałam mi spodnie!
Zanim Rose i tata przyszli, zdążyłam zobaczyć różowy kawałek materiału wystający z plecaka Poppy. W takich chwilach właśnie dziękowałam swojej wilczej naturze za wyczulony zmysł wzroku. Kiedy tata wszedł do pokoju spojrzał na mnie srogo co mnie rozśmieszyło. Rose nie wiedziała co się dzieje. Mówiła tylko Poppy coś do ucha.
-Dobra, Poppy jak wyglądały te spodnie?- Sebastian zadał pytanie.
-No, to były takie ciemnoróżowe rurki.-odpowiedziała.
-Ahh Poppy czy to są te spodnie?-podeszłam do jej plecaka i wyjęłam z niego różowe rurki.
-Tak, zupełnie nie wiem skąd one się tu wzięły.-powiedziała zdziwiona.
-Poppy następnym razem dobrze poszukaj zamiast oskarżać Lobo- to powiedziała Rosalie.
-Tak, a Lobo następnym razem będzie milsza i pomoże Ci poszukać tego czego będziesz potrzebować.- powiedział tym swoim zimnym tonem.- Dobra pośpieszcie sie, b o spóźnicie sie do szkoły. Poppy zawieziesz Lobo?
-Nie trzeba pojadę z Vicky.A tak poza tym to wynocha z mojego pokoju.
Kiedy Rose i Sebastian byli wystarczająco daleko zatrzymałam na chwilę Poppy.
-Zasada "Jeśli chcesz cos schować, to schowaj to na widoku. Na mnie nie działa, więc nigdy wiecej tego nie próbuj.
Spojrzała na mnie krzywo i bardzo szybko odeszła. Dawno nie widziałam jej tak wściekłej.
Dochodziła siódma kiedy do drzwi zadzwoniła Vicky. Szybko zbiegłam po schodach i otworzyłam drzwi.
-Co tak wcześnie?-zapytałam jeszcze trochę zaspana
-A chcesz się spóźnić do szkoły już pierwszego dnia?
-No nie, tylko wiesz muszę uważać. Miałam wczoraj drobny wypadek.-potemopowiedziałam jej co się stało od momentu kiedy rozstałyśmy się koło fontanny.
-Nie wierzę!-westchnęła- Ciebie potrącił samochód, a ja o niczym nie wiem?
-Dzwoniłam, ale nie odbierałaś.
-Oj, Lobo, przepraszam. Co ze mnie za przyjaciółka.
-Najlepsza!-powiedziałam.- A teraz chodź do szkoły.
Droga do samochodu wydawała mi się męczarnią. Rana znowu zaczęła boleć, a nogi się pode mną uginały. Szkoda, że nie było tu James'a. Zaraz zganiłam się za tę myśl i skupiłam się na drzwiach jeepa. Kiedy w końcu znalazłam się w samochodzie i usiadłam na miejscu pasażera odetchnęłam z ulgą. Przypomniałam sobie, że po szkole będę musiała wyprać bokserkę, którą James u mnie zostawił.
Przed szkołą było pełno dobrze znanych mi osób. Wszyscy podchodzili do mnie i Vicky, żeby się przywitać, a my tylko odpowiadałyśmy coś w stylu "Tak, ciebie też miło widzieć". Przy wejściu do szkoły zauważyłam Gregory'ego i Will'a. Obaj siedzieli i jak zwykle się śmiali. Tym dwóm uśmiech nie schodził z twarzy. Vicky zaciągnęła mnie w ich stronę.
-O Lobo!-ucieszył się na mój widok.- I Vicky.
-Hej Gregory, a ty Will co tak siedzisz chodź się przywitać.-powiedziałam uśmiechnięta.
-Wyprzedzasz moje zamiary Lobo.-powiedział i dał się przytulić.
Wszyscy opowiadaliśmy sobie jak minęły nam wakacje. Gregory był u dziadków w Ottawie, którzy są sąsiadami mojej babci, a Will był na obozie sportowym. Kiedy słuchali naszej wakacyjnej historii z każdym naszym słowem kąciki ich ust podnosiły się coraz wyżej, aż w końcu wybuchnęli śmiechem. Z resztą co im się dziwić. Opowieść jak to ja z Hugh'em wrzuciliśmy Vicky do Tamizy była komiczna. Po jakimś czasie trochę się uspokoiliśmy i przyłapałam Gregory'ego jak mi się przygląda. Spojrzałam mu w oczy, ale on nie odwrócił wzroku tylko wręcz przeciwnie uśmiechnął się. Przewróciłam oczami i włączyłam się do konwersacji Vicky i Willa na temat ostatnich zawodów skateboardingowych.
-Mam nadzieję, że następne będą lepsze.-stwierdziła Vicky.
-Nie może być inaczej.-odpowiedział Will.-Właśnie dziewczyny może wpadniecie w sobotę do parku? Gregory będzie się ścigał z jakimś nowym z Ameryki.
-No jasne. My nigdy nie przegapimy przystojniaka z Ameryki, bo w końcu w tej szkole nie ma fajnych chłopaków.-mrugnęłam do Vicky.
-Ej!-powiedzieli jednocześnie Gregory i Will.
-To zależy czy rana Lobo sie zagoi.-wtrąciła Vicky.
-Cicho bądź!-warknęłam, ale ona się nie przejęła i mówiła dalej.
-Wczoraj wieczorem potrącił ją jakiś idiota.
-Mocno oberwałaś?-zapytał Gregory z przejeciem.
-Nie to jest jak lekie draśnięcie.
-Tak, tak...-mruknęła Vicky.
-Byłaś u lekarza? -dopytywał się dalej.
-Nie, ale to nic. Rana się niedługo zagoi. W końcu jestem wilczkiem co nie? Nie ma innej opcji.-uspokoiłam go, ale widziałąm, że chyba mi nie wierzy.
Nie długo po tym dołączył do nas Hugh, wiec temat od razu zszedł na sport. Wszyscy trzej razem grali w drużynie koszykówki. W końcu Vicky nie wytrzymała:
-A tobie powiedziała o swoim wczorajszym incydencie?
-Nie coś się stało?-zapytał.I Vicky zaczęła mu opowiadać wszystko od początku. Myślałam, ze ta historyjka nigdy jej sie nie zmówi. A ja przeklinałam ją pod nosem, ze nie umie trzymać buzi na kłódkę.
-Serio? Nie mogłaś zadzwonić?-zdenerwował się Hugh
-Próbowałam, ale ani ty, ani Vicky nie odbieraliście!-spojrzeli na siebie dziwnie tajemniczo, ale się tym nie przejęłam, bo w brami szkoły zobaczyłam James'a. Niestety jak na złość zadzwonił dzwonek. I wszyscy musieliśmy isć na lekcję.
Mój blog, moja wyobraźnia...twoje problemy związane z tym opowiadaniem mnie nie obchodzą -,-
ShapeShifter
by Kalla
niedziela, 4 maja 2014
sobota, 3 maja 2014
Rana krwawi....
Obudziłam się w jego ramionach. Lekko otworzyłam oczy, żeby powiedzieć, że jest już dobrze i może mnie postawić, ale on mnie uprzedził.
-Nie, nie postawię cię na nogi. -powiedział i spojrzał na mnie lekko. - Powiedz gdzie mieszkasz, bo jak na razie to niosłem cię do mojego domu.
-Na serio poradzę sobie sama. Jeśli masz wyrzuty sumienia, że mnie potrąciłeś to bez potrzeby.-stwierdziłam.
-No, jasne. A tak wogóle to co ty robiłaś na środku jezdni?
Zaśmiałąm się na jego pytanie.
-Długa historia.-odpowiedziałam.
-Mamy czas do mojego domu jest jeszcze dobra godzina drogi.
-Co? Jak twojego domu?- zapytałąm zdziwiona.
-No tak, bo nie chcesz powiedzieć gdzie mieszkasz.
- Crossfield Road 102- odpowiedziałam przegrana- Ale puść mnie na nogi.
-Nie, bo mi się jeszcze przekręcisz.
-Mogę zaryzykować. -kiedy to powiedziałam spojrzałam ukradkiem na swój brzuch i koszulę chłopaka. Całe moje ubranie było we krwi. Nic dziwnego, że to mnie takbardzo boli. Jak to ojciec zobaczy to mnie zabije, że szłam sama zamiast poprosić o podwózkę Vicky.
-Jestem James.- przedstawił się chłopak.
-A ja Lobo.
-Lobo? Fajnie- kąciki jego ust się lekko uniosły.- To znaczy wilk?
-Tak.
-Skąd ten pomysłna imię?- zapytał
-Kiedyoni ssobie wymyślali imiona ja spałam, więc raczej nie wiem czemu.
-Nie zapytałąś nigdy mamy?- zdziwiłsię.
-Pytałam, tylko nie umiała mi odpowiedzieć.-popatrzył na mnie jeszcze bardziej zdziwiony. - Ona nie żyje.
-O kurde, przepraszam.
-Nie masz za co to nie ty ją zabiłeś.- odpowiedziałam.
Przez następne dwadzieścia minut szliśmy w milczeniu, ale nagle zdałam sobie sprawę, że dawnomusieliśmy minąć mój dom. I on o tym wiedział.
-Puść mnie!-krzyknęłam.
-Zamknął oczy, jakby z bólu, ale nie puscił.- Serio wynoszenie dziewczyn do lasu, które się wcześniej potrąciło nie jest fajne.
-Zaniosę Cię do kogoś kto pomoże.-odpowiedział.
To mnie trochę zaniepokoiło, wiec spróbowałam się przemienić. Niestety znowu utknęłam w fazie przejściowej, bo byłam za słaba. Straciłam mnóstwo krwi. Ale przynajmniej mogłam chodzić o własnych siłach.
-Wiedziałem, że nie jesteś człowiekiem, ale zmiennokształtną? Naprawdę?- powiedział zawiedziony.
-No widzisz. Nie wiem kim ty jesteś, ale nie obchodzi mnie to. Idę do domu.-oznajmiłam i go minęłam.
-Poczekaj!-krzyknął za mną. Nie chciałam się zatrzymywać, ale to zrobiłam. Dogonił mnie zanim zdążyłam coś odpowiedzieć- Chociaż odeskortuje Cię do domu.
-Jeśli się boisz, że powiem, że ktoś mnie potrącił samochodem i w dodatku ten ktos potem chciał mnie wynieść do lasu, a ja mu na to rawie pozwoliłam, to się mylisz. Nic nie powiem, spokojnie.-uspokoiłam go.
-Nie o to mi chodziło.-odpowiedział- Po prostu wolę przypilnować, żebyś dotarła do domu. Nie chcę później czytać w gazetach, że znaleziono jakąś dziewczynę, która wykrwawiła się na śmierć kiedy wracała z domu.
Nic mu nie odpowiedziałąm tylko ruszyłam dalej. Po jakimś czasie dotknęłam lekko rany na brzuchu.Dopiero potem tego żałowałam, bo krew z każdą sekundą ciekła coraz bardziej. W pewnym momencie poczyłam, że ktoś podtrzymuje mnie za ramię. James. Ściągnął bokserkę i obwiązał mi ją na brzuchu, tak aby zatamować krwawienie. Skinęłam mu lekko głoą w podziękowaniu i poczułam jak się osuwam na ziemię, oczywiscie James mnie złapał i poczułam jak znów mnie niesie. Miałam ochotę mu podziękować, ae stwierdziłam, że to by było tylko marnowanie energii. Znowu zasnęłam.
Obudziło mnie pukanie do drzwi. To był tata. Zastanawiałam się co on tu robi, ale zanim się go zapytałam zobaczyłam, że jestem w swoim pokoju. James musiał mnie przynieść do domu. Na tę myśl uśmiechnęłam się pod nosem.
-No widzę, że już ci lepiej. -powiedział do mnie zupełnie innym tonem niż rano. -James czeka na dole pytał się, czy moze cię zobaczyć. A ja postanowiłem, że zapytam ciebie. Hmmm?
-Niech robi co chce.
-To ja po niego pójdę.-oznajmił tata i zostawił tylko lekko uchylone drzwi przeez, które wlatywało niewiele światła.
Pięć minut później James wparował do mojego pokoju bez pukania.
-Tak, możesz wejsć-powiedziałam z sarkazmem w głosie.
-Lepiej ci?-zapytał
-Co tu robisz?-odpowiedziałąm pytaniem na pytanie.
-Pierwszy zapytałem.-uśmiechnął się zwyciesko.
-Tak. O, kurdw nadal mam twoją bokserkę.
-Nie odwiazuj jej, bo rana znów się otworzy.- stwierdził.
-Dzięki.
-A czy dziękowanie mi nie jest marnowaniem energii?-zapytał z ironią.
-Anioł czy Demon?
-Anioł.-odpowiedział.
-Tak myślałam.-prychnęłam.-I na przyszłość, która mam nadzieję nie nadejdzie, nie czytaj w moich myślach.
-Dobrze wilczku. -odpowiedział i wyszedł.
Miałam ochotę rzucić w niego poduszką, ale się powstrzymałam i schowałam twarz w dłoniach. Przyłapałm siebie na płaczu i szybko wzięłam się w garść. "Wilki nie płaczą."-pomyślałąm. Zadzwoniłam do Vicky, ale zgłosiła się poczta. Hugh też nie odbierał, pewnie już spał. Spojrzałam przez okno na miasto ismutno pomyślałam, że najlepsze wakacje właśnie się skończyły.
-Nie, nie postawię cię na nogi. -powiedział i spojrzał na mnie lekko. - Powiedz gdzie mieszkasz, bo jak na razie to niosłem cię do mojego domu.
-Na serio poradzę sobie sama. Jeśli masz wyrzuty sumienia, że mnie potrąciłeś to bez potrzeby.-stwierdziłam.
-No, jasne. A tak wogóle to co ty robiłaś na środku jezdni?
Zaśmiałąm się na jego pytanie.
-Długa historia.-odpowiedziałam.
-Mamy czas do mojego domu jest jeszcze dobra godzina drogi.
-Co? Jak twojego domu?- zapytałąm zdziwiona.
-No tak, bo nie chcesz powiedzieć gdzie mieszkasz.
- Crossfield Road 102- odpowiedziałam przegrana- Ale puść mnie na nogi.
-Nie, bo mi się jeszcze przekręcisz.
-Mogę zaryzykować. -kiedy to powiedziałam spojrzałam ukradkiem na swój brzuch i koszulę chłopaka. Całe moje ubranie było we krwi. Nic dziwnego, że to mnie takbardzo boli. Jak to ojciec zobaczy to mnie zabije, że szłam sama zamiast poprosić o podwózkę Vicky.
-Jestem James.- przedstawił się chłopak.
-A ja Lobo.
-Lobo? Fajnie- kąciki jego ust się lekko uniosły.- To znaczy wilk?
-Tak.
-Skąd ten pomysłna imię?- zapytał
-Kiedyoni ssobie wymyślali imiona ja spałam, więc raczej nie wiem czemu.
-Nie zapytałąś nigdy mamy?- zdziwiłsię.
-Pytałam, tylko nie umiała mi odpowiedzieć.-popatrzył na mnie jeszcze bardziej zdziwiony. - Ona nie żyje.
-O kurde, przepraszam.
-Nie masz za co to nie ty ją zabiłeś.- odpowiedziałam.
Przez następne dwadzieścia minut szliśmy w milczeniu, ale nagle zdałam sobie sprawę, że dawnomusieliśmy minąć mój dom. I on o tym wiedział.
-Puść mnie!-krzyknęłam.
-Zamknął oczy, jakby z bólu, ale nie puscił.- Serio wynoszenie dziewczyn do lasu, które się wcześniej potrąciło nie jest fajne.
-Zaniosę Cię do kogoś kto pomoże.-odpowiedział.
To mnie trochę zaniepokoiło, wiec spróbowałam się przemienić. Niestety znowu utknęłam w fazie przejściowej, bo byłam za słaba. Straciłam mnóstwo krwi. Ale przynajmniej mogłam chodzić o własnych siłach.
-Wiedziałem, że nie jesteś człowiekiem, ale zmiennokształtną? Naprawdę?- powiedział zawiedziony.
-No widzisz. Nie wiem kim ty jesteś, ale nie obchodzi mnie to. Idę do domu.-oznajmiłam i go minęłam.
-Poczekaj!-krzyknął za mną. Nie chciałam się zatrzymywać, ale to zrobiłam. Dogonił mnie zanim zdążyłam coś odpowiedzieć- Chociaż odeskortuje Cię do domu.
-Jeśli się boisz, że powiem, że ktoś mnie potrącił samochodem i w dodatku ten ktos potem chciał mnie wynieść do lasu, a ja mu na to rawie pozwoliłam, to się mylisz. Nic nie powiem, spokojnie.-uspokoiłam go.
-Nie o to mi chodziło.-odpowiedział- Po prostu wolę przypilnować, żebyś dotarła do domu. Nie chcę później czytać w gazetach, że znaleziono jakąś dziewczynę, która wykrwawiła się na śmierć kiedy wracała z domu.
Nic mu nie odpowiedziałąm tylko ruszyłam dalej. Po jakimś czasie dotknęłam lekko rany na brzuchu.Dopiero potem tego żałowałam, bo krew z każdą sekundą ciekła coraz bardziej. W pewnym momencie poczyłam, że ktoś podtrzymuje mnie za ramię. James. Ściągnął bokserkę i obwiązał mi ją na brzuchu, tak aby zatamować krwawienie. Skinęłam mu lekko głoą w podziękowaniu i poczułam jak się osuwam na ziemię, oczywiscie James mnie złapał i poczułam jak znów mnie niesie. Miałam ochotę mu podziękować, ae stwierdziłam, że to by było tylko marnowanie energii. Znowu zasnęłam.
Obudziło mnie pukanie do drzwi. To był tata. Zastanawiałam się co on tu robi, ale zanim się go zapytałam zobaczyłam, że jestem w swoim pokoju. James musiał mnie przynieść do domu. Na tę myśl uśmiechnęłam się pod nosem.
-No widzę, że już ci lepiej. -powiedział do mnie zupełnie innym tonem niż rano. -James czeka na dole pytał się, czy moze cię zobaczyć. A ja postanowiłem, że zapytam ciebie. Hmmm?
-Niech robi co chce.
-To ja po niego pójdę.-oznajmił tata i zostawił tylko lekko uchylone drzwi przeez, które wlatywało niewiele światła.
Pięć minut później James wparował do mojego pokoju bez pukania.
-Tak, możesz wejsć-powiedziałam z sarkazmem w głosie.
-Lepiej ci?-zapytał
-Co tu robisz?-odpowiedziałąm pytaniem na pytanie.
-Pierwszy zapytałem.-uśmiechnął się zwyciesko.
-Tak. O, kurdw nadal mam twoją bokserkę.
-Nie odwiazuj jej, bo rana znów się otworzy.- stwierdził.
-Dzięki.
-A czy dziękowanie mi nie jest marnowaniem energii?-zapytał z ironią.
-Anioł czy Demon?
-Anioł.-odpowiedział.
-Tak myślałam.-prychnęłam.-I na przyszłość, która mam nadzieję nie nadejdzie, nie czytaj w moich myślach.
-Dobrze wilczku. -odpowiedział i wyszedł.
Miałam ochotę rzucić w niego poduszką, ale się powstrzymałam i schowałam twarz w dłoniach. Przyłapałm siebie na płaczu i szybko wzięłam się w garść. "Wilki nie płaczą."-pomyślałąm. Zadzwoniłam do Vicky, ale zgłosiła się poczta. Hugh też nie odbierał, pewnie już spał. Spojrzałam przez okno na miasto ismutno pomyślałam, że najlepsze wakacje właśnie się skończyły.
Ostatni dzień wakacji...
Siedziałam sama na środku pustego pokoju, bez żadnych mebli. Byłam tylko ja i cztery ściany. W pewnym momencie poczułam, że się duszę. Szare ściany były coraz bliżej mnie z każdym oddechem. Próbowałam jakoś oszczędzać tak cenny dla mnie teraz tlen, ale to raczej nie działało, bo zaczynało mi go brakować. Podeszlam szybko do okna, aby je otworzyć, ale było zamknięte. Kiedy oglądałam bawiące się na dworze dzieci wydawało misię, że ktoś mi szepcze douch moje imię. Chciałam, żebyto była mama, ale głos stawał się coraz donośniejszy i stanowczy. I zrozumiałąm, że to był tylko sen. Otworzyłam oczy, aby zobaczyć kto tak bezkarnie budzi mnie ze snu. Oczywiście był to Hugh, który stał nade mną z uniesioną poduszką.
-Tylko mnie nią walniesz,a pożałujesz.- powiedziałam do niego spokojnie.
-No, normalnie podam to do wiadomości Wilczek wstał z łóżka, bez użycia wody.- roześmiał się.
-Co jest tak ważnego, że budzisz mnie tak wcześnie?
-Wcześnie? Lobo, jest już po jedynastej, a mamy ostatni dzień wakacji. Nie dam ci go zmarnować. Vicky czeka na nas koło centrum. Mamy jeszcze pół godziny zanim na dobre odejdzie i schowa się w swoim pokoju.- odpowiedział.
-Ale o jedynastej? -powiedziałam zrezygnowana - Nie mogliście umówić spotkania na no nie wiem...szesnastą?!
-Hahahaha dobry kawał. Ubieraj sie czekam w kuchni, muszę odebrać twojemu bratu moją kartę kolekcjonerską.
-Dzieciak. -szepnęłam pod nosem.
Rzucił we mnie poduszką i wyszedł z pokoju. Poszłam się szybko umyć i wróciłam do pokoju w poszukiwaniu jakichś czystych rzeczy. Gdzieś na dnie szafy znalazłam jeansy i bluę z napisem "God musst hate me!". Ubrałam je na siebie i zeszłam po schodach do kuchni. Na dole już wszyscy kończyli jeść śniadanie, a Hugh i Peet'y sprzeczali się o jakąś głupią kartę. Wyglądali jak normalna rodzinka, a ja im psułam ten piękny obrazek. Kiedy stanęłam w drzwiach wszystkie trzy pary oczu zwróciły się w moją stronę, bo oczywiscie Hugh i Peter mieli wszystkich gdzieś i nadal kłócili się o tą głupią kartę. Usiadłam do stołu nawet sie nie witając i czułam na sobie ich spojrzenia. Nie wiem czemu, ale miałam z tego niemałą satysfakcję.
-Może tak dzień dobry? -powiedział tata patrząc n mnie dosć surowo.
-Nie wiem czy będzie dobry, bo podobnież popołudniu ma padać.-odpowiedziałam mu.
-Naprawdę? To muszę szybko isć po zakupy. Miałąm iść o czwartej, ale skoro ma padać to może...
-Rose, ona żartowała. Nie będzie padać.- uspokoił ją serdecznie.
-To dobrze. Ja nienawidzę deszcze. -oznajmiła nam.
-Tak wiem, kotku.
Tego już nie wytrzymałam. Zrzuciłam talerz na podłogę, wstałam od stołu, wyciągnęłam Hugh'a z kanapy i ruszyłam w kierunku drzwi.
-Co ci się stało?- zapytał nie wiedząc o co chodzi.
-Mówiłeś,że Vicky czeka. To pomyślałam, że jeśli choć ten jeden raz się nie spóźnimy to się ucieszy.-skłamałam.
-Yhy...a tak serio?
-Nie mogę wytrzymać w tym domu. Chcę już, żeby zaczęła się szkoła i, żebym nie musiała na nich patrzeć- objaśniłam mu.
-A kto nie chce.
Uśmiechnęłam się do niego, a on skinął głową w moją stronę. Chwilę potem dałam mu kuksańca prosto w żebra i krzyknęłam:
-Kto ostatni przy fontannie ten stawia lody!
-To nie fair. Ty jesteś wilkiem!- powiedział oburzony
-Nikt nie mówił, że życie będzie fair.- i pobiegłam.
Wiedziałam, że został daleko w tyle,więc trochę zwolniłam, aby dać mu szansę. Jednak mimo, że on trenuje koszykówkę byłam od niegodużo szybsza. To chyba zasługa tej mojej wilczej części krwi. Przy fontannie byłam 5 minut prz Hugh'em.
-No to jaa chce miętowe.-powiedziałam do niego zadowolona z wygranej.
-Zobaczysz już nie długo cię prześcignę.
-To daj znać jak już się skończy 2039.
-Ale mamy 2014.-odpowiedział zbity tropu.
-No właśnie.-powiedziałam i ruszyłam do lodziarni gdzie czekała Vicky.
-Jezu, myślałam, że wy idziecie do Nowego Jorku, a nie do lodziarni, która jest piętnaście minut drogi od domu Lobo.
-Patrz, mówiłem, że niedoceni twojego poświęcenia?- zażartował Hugh.
-Wyprowadziłaś się z domu?- powiedziaął otwierajac szeroko oczy.
-Nie! -krzyknęłam jednocześnie z Hugh'em - Tylko śniadanie mnie ominęło, a i rodzinna awanturka.
-Dobra kupujemy lody?- zapytała.
-Tak powiedz Hugh, jakie chcesz.
-Wyścigi czy zakład?
-Wyścigi, inaczej to ona by kupowała lody.- odpowiedział za mnie Hugh, a ja mu pokazałam język.
-Dobra to ja chcę truskawkowe.
Hugh przewrócił oczami i odwrócił się do nas plecami.
-To co mi powiesz?-zapytała Vicky z jak zwykle przesłodzoną uprzejmoscię.
-Znowu myślałam, że śni mi się mama, a tu sixxę okazało, że to Hugh celuje we mnie poduszką.-odpowiedziaąłm z uśmiechem.
-Trzeba się zemścić!
Po tych słowach się roześmiałysmy i zaplanowałyśmy idealną zemstę dla Hugh'a. Całodniowe zakupy!
-Dobra trzymajcie. Wilczek masz miętowe, Vicky truskawkowe, a ja mam bananowe.
-Hugh?
-Hmm?- powiedział już widocznie zaniepokojony moim miłym tonem.
-Kiedy ostatnio byłeś z nami na zakupach?
-To znaczy kiedy byłem odbyć karę? Dwa miesiące temu?-odpowiedział trochę zamyślony czy dobrze zrobił mówiąc to.
-To dzisiaj pójdziesz jeszcze raz.
-Za jakie grzechy?-szepnął z udawaną rozpaczą.
-Za złe sprawowanie i próbę uderzenia poduszką ostatniego srebrnego wilka na świecie- odpowiedziałą Vicky zanim cokolwiek zdążyłam pomyśleć. Wiedziałam, że juz wcześniej zastanowiła sie co powie, zeby to było dobre wytłumaczenie.
-Wiedźmy.- powiedział pod nosem.
-Nie, ja jestem wilczkiem. Vicky to wiedźma. A ty to czarodziej.
-Serio? Nie weidziałem.-zrobiło mi się go szkoda, więc podeszłam go przytulić, a on rzucił się na mnie z łaskotkami.
Właściciel lodziarni kazał nam wyjść, mrucząc pod nosem, że ma nas juz dosć po tych wakacjach. Z resztą nie dziwię mu się. Dzięki nam stracił przynajmniej połowę klientów. No, ale co poradzić. Mógł pomyśleć zanim nas tam wpuścił. Wsiedliśmy do czarnego jeepa Vicky i pojechaliśmy na zakupy w pobliżu "OXFORD STREET". W głowie zrobiłam sobie listę rzeczy do kupienia, ale kiedy tylko zobaczyłam te sklepy to o wszystkim zapomniałam i razem z Vicky rzuciłam się w wir zakupów. Hugh przez cały dzień chodził za nami zrezygnowany i tylko w ksiegarnii na chwilę się ożywił, bo kochał książki tak samo jak ja.
Około dwudziestej postanowiliśmy juz pomału wracać. Jednak nie chciałam, żeby tata i Rose wiedzieli, o której wróciłam. A samochód na pewno, bu ich o tym poinformował, więc powiedziaam, żeby podwieźli mnie do fontanny, a stamtąd już pójdę na piechotę. I jak ich poprosiłam tak zrobili. Rozstaliśmy się koło lodziarni pani Frozen, któa akurat zamykała razem ze swoim mężęm. Ulice były ciemne i od czasu do czasu latarnie rzucały słaby światło na chodnik. Jednak ja się nie bałam chodzić po ciemku. Zawsze dopiero o tej porze czułam się w pełni bezpieczna. Toprzez ten mój zwierzęcy instynkt. I mimo, ze wilki żyją w watachach ja byłam, któremu wystarczą dwie góra trzy osoby, aby był szczęśliwym. A najlepiej to gdybym była sama.
Kiedy szłam przed siebie nie zwracałam uwagi na ludzi, którzy przechodzili koło mnie, a kiedy myślałam, że jestem już zupełnie sama postanowiłam isć środkiem ulicy. Tak, to było moje ulubione zajęcie. W pewny momencie przedemną ukazały się dwa światła, lecz po krótkiej chwili zniknęły, wiec je zignorowałam. Szłam dalej kiedy nagle przedemną pojawił się samochód był bardzo blisko, wiec nawet ja nie miałam jak uskoczyć. Mocno oberwałam w brzuch i odrzuciło mnie na czyjść trawnik. Teraz tylko czekałam, aż jakiś stary dziadek wyleci z grabiami i zacznie krzyczeć, żebym wynosiła się z jego terenu, bo podepczę mu trawę.
Zamiast starego dziadka przed soba zobaczyłam chłopaka. Wyglądał jak jakiś zbuntowany anioł. Miał duże brązowo, czarne oczy;krótkie,ciemne włosy i idealną sylwetkę. Mówił coś do mnie, ale ja tak jakbym go nie nie słyszała. Patrzyłam się tylko na niego jakby był kosmitą. Pewnie wyglądałam jak ułomna, ale raczej nie to widziałam w jego oczach. To byłstrach, ale nie taki normalny. To był strach o kogoś. W tym przypadku było możliwe, że chodzi mu o mnie. Nagle dopadła mnie fala bólu. Próbowałam wstać, ale to był błąd. Ból się nasilił. Nagle przestałam widzieć tego chłopaka i cały obraz przed oczami mi się zamazał.
-Tylko mnie nią walniesz,a pożałujesz.- powiedziałam do niego spokojnie.
-No, normalnie podam to do wiadomości Wilczek wstał z łóżka, bez użycia wody.- roześmiał się.
-Co jest tak ważnego, że budzisz mnie tak wcześnie?
-Wcześnie? Lobo, jest już po jedynastej, a mamy ostatni dzień wakacji. Nie dam ci go zmarnować. Vicky czeka na nas koło centrum. Mamy jeszcze pół godziny zanim na dobre odejdzie i schowa się w swoim pokoju.- odpowiedział.
-Ale o jedynastej? -powiedziałam zrezygnowana - Nie mogliście umówić spotkania na no nie wiem...szesnastą?!
-Hahahaha dobry kawał. Ubieraj sie czekam w kuchni, muszę odebrać twojemu bratu moją kartę kolekcjonerską.
-Dzieciak. -szepnęłam pod nosem.
Rzucił we mnie poduszką i wyszedł z pokoju. Poszłam się szybko umyć i wróciłam do pokoju w poszukiwaniu jakichś czystych rzeczy. Gdzieś na dnie szafy znalazłam jeansy i bluę z napisem "God musst hate me!". Ubrałam je na siebie i zeszłam po schodach do kuchni. Na dole już wszyscy kończyli jeść śniadanie, a Hugh i Peet'y sprzeczali się o jakąś głupią kartę. Wyglądali jak normalna rodzinka, a ja im psułam ten piękny obrazek. Kiedy stanęłam w drzwiach wszystkie trzy pary oczu zwróciły się w moją stronę, bo oczywiscie Hugh i Peter mieli wszystkich gdzieś i nadal kłócili się o tą głupią kartę. Usiadłam do stołu nawet sie nie witając i czułam na sobie ich spojrzenia. Nie wiem czemu, ale miałam z tego niemałą satysfakcję.
-Może tak dzień dobry? -powiedział tata patrząc n mnie dosć surowo.
-Nie wiem czy będzie dobry, bo podobnież popołudniu ma padać.-odpowiedziałam mu.
-Naprawdę? To muszę szybko isć po zakupy. Miałąm iść o czwartej, ale skoro ma padać to może...
-Rose, ona żartowała. Nie będzie padać.- uspokoił ją serdecznie.
-To dobrze. Ja nienawidzę deszcze. -oznajmiła nam.
-Tak wiem, kotku.
Tego już nie wytrzymałam. Zrzuciłam talerz na podłogę, wstałam od stołu, wyciągnęłam Hugh'a z kanapy i ruszyłam w kierunku drzwi.
-Co ci się stało?- zapytał nie wiedząc o co chodzi.
-Mówiłeś,że Vicky czeka. To pomyślałam, że jeśli choć ten jeden raz się nie spóźnimy to się ucieszy.-skłamałam.
-Yhy...a tak serio?
-Nie mogę wytrzymać w tym domu. Chcę już, żeby zaczęła się szkoła i, żebym nie musiała na nich patrzeć- objaśniłam mu.
-A kto nie chce.
Uśmiechnęłam się do niego, a on skinął głową w moją stronę. Chwilę potem dałam mu kuksańca prosto w żebra i krzyknęłam:
-Kto ostatni przy fontannie ten stawia lody!
-To nie fair. Ty jesteś wilkiem!- powiedział oburzony
-Nikt nie mówił, że życie będzie fair.- i pobiegłam.
Wiedziałam, że został daleko w tyle,więc trochę zwolniłam, aby dać mu szansę. Jednak mimo, że on trenuje koszykówkę byłam od niegodużo szybsza. To chyba zasługa tej mojej wilczej części krwi. Przy fontannie byłam 5 minut prz Hugh'em.
-No to jaa chce miętowe.-powiedziałam do niego zadowolona z wygranej.
-Zobaczysz już nie długo cię prześcignę.
-To daj znać jak już się skończy 2039.
-Ale mamy 2014.-odpowiedział zbity tropu.
-No właśnie.-powiedziałam i ruszyłam do lodziarni gdzie czekała Vicky.
-Jezu, myślałam, że wy idziecie do Nowego Jorku, a nie do lodziarni, która jest piętnaście minut drogi od domu Lobo.
-Patrz, mówiłem, że niedoceni twojego poświęcenia?- zażartował Hugh.
-Wyprowadziłaś się z domu?- powiedziaął otwierajac szeroko oczy.
-Nie! -krzyknęłam jednocześnie z Hugh'em - Tylko śniadanie mnie ominęło, a i rodzinna awanturka.
-Dobra kupujemy lody?- zapytała.
-Tak powiedz Hugh, jakie chcesz.
-Wyścigi czy zakład?
-Wyścigi, inaczej to ona by kupowała lody.- odpowiedział za mnie Hugh, a ja mu pokazałam język.
-Dobra to ja chcę truskawkowe.
Hugh przewrócił oczami i odwrócił się do nas plecami.
-To co mi powiesz?-zapytała Vicky z jak zwykle przesłodzoną uprzejmoscię.
-Znowu myślałam, że śni mi się mama, a tu sixxę okazało, że to Hugh celuje we mnie poduszką.-odpowiedziaąłm z uśmiechem.
-Trzeba się zemścić!
Po tych słowach się roześmiałysmy i zaplanowałyśmy idealną zemstę dla Hugh'a. Całodniowe zakupy!
-Dobra trzymajcie. Wilczek masz miętowe, Vicky truskawkowe, a ja mam bananowe.
-Hugh?
-Hmm?- powiedział już widocznie zaniepokojony moim miłym tonem.
-Kiedy ostatnio byłeś z nami na zakupach?
-To znaczy kiedy byłem odbyć karę? Dwa miesiące temu?-odpowiedział trochę zamyślony czy dobrze zrobił mówiąc to.
-To dzisiaj pójdziesz jeszcze raz.
-Za jakie grzechy?-szepnął z udawaną rozpaczą.
-Za złe sprawowanie i próbę uderzenia poduszką ostatniego srebrnego wilka na świecie- odpowiedziałą Vicky zanim cokolwiek zdążyłam pomyśleć. Wiedziałam, że juz wcześniej zastanowiła sie co powie, zeby to było dobre wytłumaczenie.
-Wiedźmy.- powiedział pod nosem.
-Nie, ja jestem wilczkiem. Vicky to wiedźma. A ty to czarodziej.
-Serio? Nie weidziałem.-zrobiło mi się go szkoda, więc podeszłam go przytulić, a on rzucił się na mnie z łaskotkami.
Właściciel lodziarni kazał nam wyjść, mrucząc pod nosem, że ma nas juz dosć po tych wakacjach. Z resztą nie dziwię mu się. Dzięki nam stracił przynajmniej połowę klientów. No, ale co poradzić. Mógł pomyśleć zanim nas tam wpuścił. Wsiedliśmy do czarnego jeepa Vicky i pojechaliśmy na zakupy w pobliżu "OXFORD STREET". W głowie zrobiłam sobie listę rzeczy do kupienia, ale kiedy tylko zobaczyłam te sklepy to o wszystkim zapomniałam i razem z Vicky rzuciłam się w wir zakupów. Hugh przez cały dzień chodził za nami zrezygnowany i tylko w ksiegarnii na chwilę się ożywił, bo kochał książki tak samo jak ja.
Około dwudziestej postanowiliśmy juz pomału wracać. Jednak nie chciałam, żeby tata i Rose wiedzieli, o której wróciłam. A samochód na pewno, bu ich o tym poinformował, więc powiedziaam, żeby podwieźli mnie do fontanny, a stamtąd już pójdę na piechotę. I jak ich poprosiłam tak zrobili. Rozstaliśmy się koło lodziarni pani Frozen, któa akurat zamykała razem ze swoim mężęm. Ulice były ciemne i od czasu do czasu latarnie rzucały słaby światło na chodnik. Jednak ja się nie bałam chodzić po ciemku. Zawsze dopiero o tej porze czułam się w pełni bezpieczna. Toprzez ten mój zwierzęcy instynkt. I mimo, ze wilki żyją w watachach ja byłam, któremu wystarczą dwie góra trzy osoby, aby był szczęśliwym. A najlepiej to gdybym była sama.
Kiedy szłam przed siebie nie zwracałam uwagi na ludzi, którzy przechodzili koło mnie, a kiedy myślałam, że jestem już zupełnie sama postanowiłam isć środkiem ulicy. Tak, to było moje ulubione zajęcie. W pewny momencie przedemną ukazały się dwa światła, lecz po krótkiej chwili zniknęły, wiec je zignorowałam. Szłam dalej kiedy nagle przedemną pojawił się samochód był bardzo blisko, wiec nawet ja nie miałam jak uskoczyć. Mocno oberwałam w brzuch i odrzuciło mnie na czyjść trawnik. Teraz tylko czekałam, aż jakiś stary dziadek wyleci z grabiami i zacznie krzyczeć, żebym wynosiła się z jego terenu, bo podepczę mu trawę.
Zamiast starego dziadka przed soba zobaczyłam chłopaka. Wyglądał jak jakiś zbuntowany anioł. Miał duże brązowo, czarne oczy;krótkie,ciemne włosy i idealną sylwetkę. Mówił coś do mnie, ale ja tak jakbym go nie nie słyszała. Patrzyłam się tylko na niego jakby był kosmitą. Pewnie wyglądałam jak ułomna, ale raczej nie to widziałam w jego oczach. To byłstrach, ale nie taki normalny. To był strach o kogoś. W tym przypadku było możliwe, że chodzi mu o mnie. Nagle dopadła mnie fala bólu. Próbowałam wstać, ale to był błąd. Ból się nasilił. Nagle przestałam widzieć tego chłopaka i cały obraz przed oczami mi się zamazał.
piątek, 2 maja 2014
Prolog
16. czerwca 1996
Sebastian siedział przed telewizorem, a ja przygotowywałam właśnie kolację. Od rana czułam się coraz gorzej. Małe dawało o sobie znać, ale było jeszcze za wcześnie. Termin mam na sierpień, a był czerwiec. Więc zupełnie wykluczyłam, że się zaczęło. Ledwo o tym pomyślałam i poczułam, że jednak moje podejrzenia się sprawdziły.
-Sebastian!-krzyknęłam.- Zaczęło się, dzwoń po pogotowie!
-Nie ma czasu. Zawiozę Cię samochodem.
Byłam zaskoczona jego zachowaniem. Kiedy wyobrażałąm sobie ten dzień, myślałam, że będzie mdlał i totalnie spanikuje. A tu proszę nagle z roztrzepanego dwudziestodwulatka zamienił się na tą chwilę w odpowiedzialnego trzydziestopięciolatka. To było dla mnie ogromne zaskoczenia, ale nie miałam czasu o tym myśleć. Wyraźnie czułam, że jeśli nie dotrę do szpitala w ciagu najbliższych dwóch godzin to urodzę dziecko w samochodzie. I nagle zrozumiałam, ze nie mogę urodzić w szpitalu. Przecież nie wiadomo co się urodzi. Czy będzie człowiekiem, czy zwierzęciem jak Sebastian.
-Nie mogę urodzić w szpitalu!-powiedziałam tak cicho, że Sebastian mógł tego nie usłyszeć. Na szczęcie miał świetny słuch i odpowiedział mi od razu.
-Wiem, dlatego wiozę cię do Tylluan.
-To jakiś lekarz czy coś?- zapytałam zirytowana jego spokojem.
-Nasza szamanka. Pomoże nam.- odpowiedział i lekko spojrzał na mnie, po czym się uśmiechnął.
-Nie wyda nas?
-Nie sądzę. To moja babcia.- roześmialiśmy się i z nie wiadomego powwodu nagle się uspokoiłam.
Czas leciał, a my do celu mieliśmy jeszczedobre piętnaście minut drogi. Nie wiedziaąłm czy wytrzymam, ale starałam sie wmówić dziecku, zeby się uspokoiło i czekało, aż dojedziemy na miejsce, szeptając do brzucha "Masz jeszcze poczekać!" Niestety ono chyba nic sobie z tego nie robiło, bo poczułam jak ktoś kopie mnie od środka. W końcu dojechaliśmy do domu Tylluan. To było dziwne miejsce. Drewniany dom stojący na środku lasu. Jednak mimo wszystko poczułam sie tu bezpiecznie. Przed drzwiami stała stara kobieta, która bardzo przypominała mi sowę. "No tak!" pomyślałam. "Przecież Tylluan to po walijsku znaczy sowa". Byłam dumna ze swojego odkrycia, ale nie miałąm czasu się tym nacieszyć, bo w tym samym czasie drzwi samochodu się otworzyły i Sebastian wyjął mnie z samochodu jak dziecko. Wniósł mnie do domu i położył na najbliższym łóżku. W chwili kiedy on opuszczał pomieszczenie do pokoju weszła kobieta. Z bliska wyglądałą pięknie. Siwe włosy miaął spięte w kok, a jej piękne zielone oczy patrzyły na mnie z serdecznością.
-Jestem Tylluan, babcią Sebastiana. Prosił mnie, żebym pomogła ci urodzić, jednakże nie mogę zrobić czegoś bez twojej zgody.- powiedziała.
-Tak, tak zgadzam się tylko niech już będzie po wszystkim.
-Nie bądźmy w gorącej wodzie kąpane. Przy porodzienie powinno być pośpiechu. To stresuje ciebie samą i dziecko.-stwierdziła.
-To nie mi się śpieszy tylko dzieku!- odpowiedziałąm niegrzecznie.
Roześmiała się.
-To lepiej dla ciebie.
Rozmawiałam z nią tak długo, że przestałam mysleć o bólu. Postanowiłam skoncentrować się na wypowiadanych słowach. I nie wiadomo kiedy usłyszałam płacz dziecka. To była dziewczynka! Tylluan wzięła ją na ręce i wyniosła z pokoju. Na początku nie wiedziałąm dlaczego, ale potem przypomniałam sobie, że dziecko trzeba obmyć z krwi i trochę się uspokoiłam. Za drzwiami usłyszałam szepty. To Sebastian mruczał sobie coś pod nosem. Pewnie Tylluan pokazała mu małą, ale to nie brzmiało jak okrzykie radości. Nagle poczułam się trochę gorzej i położyłam głowę na poduszce. Jednak mój odpoczynek nie trwał długo, bo do pokoju weszła Tylluan i podała mi dziecko. Pierwszym co zobaczyłam były uszy i oczy niemowlęcia. Dopiero potem zdałam sobie sprawę, że ma ciało człowieka oraz innech charakterystyczne części ciała zwierząt takie jak uszy.
-Zmiennokształtni rodzą się w tak zwanej fazie przejściowej. To znaczy, że będzie miała normalne ręce, nogi i tak dalej, ale oprócz tego również tak jak w jej przypadku uszy.- wytłumaczyła mi staruszka.-Nie przejmuj się uszy znikną jutro i będzie w tym czasie wyglądać jak normalny człowiek.
-A jej oczy? Są bardzo dziwnie wyraziste. To też wina tej przemiany?
-Nie. To akurat jest jej uroda, z resztą jest bardzo podobna do ciebie.- powiedziaął i wycofała się z powrotem do drzwi.
"Moja córeczka." Pomyślałam i mocna ją przytuliłam. Była ciepła i patrzyła na mnie swoimi dużymi oczkami. Dzięki nim sprawiała wrażenie bardzo madrej, jakby rozumiałą wszystko co się do niej mówi. Nie mogłam oderwać od niej oczu i w tym samym momencie do pomieszczenie wszedł niespokojny Sebastian.
-Hej. Jak się czujesz?- zapytał patrząc na dziecko.
Przez to nie wiedziałam czy mówił do mnie czy do dziecka, wiec odpwoiedziaąłm za nas obie.
-Oby dwie czujemy się świetnie.
-To dobrze. Wybrałaś juz imię?- zapytał z wiekszym zadowoleniem.
-Nie, bo nawet nie jestem pewna jakim zwierzęciem...
-Wilkiem.- nie dał mi dokończyć zdania.
-To tym bardziej nie mam pomysłu.- powiedziałam zrezygnowana. - Nie potrzebnie odkładalismy to, aż do teraz.
-Hmm...może Lobo?
-Lobo? To znaczy wilk?- zapytałam zdziwiona.
-No, a masz inny pomysł?- powiedział i uśmiechnął się jakby właśnie zdobył mistrzostwo świata.
-Nie.
Nagle usłyszeliśmy trzesk wybijanej szyby.
-Cholera! Znaleźli nas, musimy uciekać!-wykrzyczał mi do ucha.
-Nie dam rady. Weź Lobo i Tylluan i uciekajcie.- powiedziałam.
-Nie zostawię Cię tu.
-Nie zachowuj się jak kretyn, bo nie czas teraz na zgrywanie bohatera. Najważniejsza jest Lobo. Musisz ją uratować.
-Zamienię się w panterę, wsiadziesz mi na grzbiet i uciekniemy.- powiedział z nutą nadziei w głosie.
-Nie, jestem za ciężka, nie dasz rady ze mną przed nimi uciec.-odpwewiedziałam.- Zabierz stąd Lobo.
Podszedł do mnie i ostatni raz mnie przytulił. Czułam, że nie chce tego robić, ale nie miał wyboru. Musiał uchronić przed nimi Lobo. Lekkogo odepchnęłam i wcisnęłam mu do rąk małą.
-Tylko uważaj, bo teraz trzymasz nasz największy skarb.
To były moje ostatnie słowa, bo potem widziałam tylko jak Sebastian i Lobo uciekają. Nigdzie nie było Tylluan i nagle zobaczyłam, ze siedzi na parapecie i patrzy na mnie tak jakby nic nie rozumiała. Pokazałam jej ręką, żeby leciała za nimi i chroniła ich jak tylko może. Kiedy odleciała poszukałam jakiejś kryjówki. Nie było tu żadnego dobrego miejsca, więc poprostu schowałam sie za regałem ze słoikami w spiżarni i siedziałam tam dopóki mnie nie znaleźli. Nie musiałam długo czekać. Po upływie pietnastu minut drzwi się otworzyły. Nie miałam odwagi spojrzeć napsatnikowi w oczy, bo nie chciałam widzieć w nich tej nienawiści. Patrzyłam się tylko na jego buty i nagle....wystrzał. Było po wszystkim.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)